Ingrid zatrzymała się w progu salonu, wciąż w płaszczu. Jej wzrok wędrował między laptopem a twarzą Martina. Radość, z którą wróciła do domu, zniknęła w jednej chwili, jakby ktoś zgasił światło. Zastąpiło ją skupienie – chłodne, czujne.
— Co się stało? — zapytała cicho, bez podnoszenia głosu.
Martin poczuł, jak wysycha mu w gardle. W myślach układał proste zdanie, neutralne wyjaśnienie, ale teraz słowa plątały się i nie chciały wyjść. Wstał z kanapy, zrobił krok w jej stronę, po czym się zatrzymał.
— Ingrid… przyszła Livia. Miała awarię w domu, pękła rura. Był z nią Finn. Pozwoliłem mu… — przełknął ślinę — pozwoliłem mu chwilę pograć na laptopie.
Ingrid nic nie powiedziała. Podeszła do stołu, odłożyła torebkę i dotknęła krawędzi laptopa czubkami palców, jakby sprawdzała temperaturę poparzonego przedmiotu. Zauważyła blade plamy przy touchpadzie, ledwo widoczne ślady między klawiszami. Potem znów spojrzała na Martina.
— I?
— Rozlał sok. Niewiele, ale… dostał się do klawiatury. Próbowałem go włączyć. Nie reaguje.
Zapadła cisza, gęsta i ciężka. Ingrid usiadła powoli na krześle, wyprostowana, jak na spotkaniu biznesowym. Jej usta lekko drżały, ale kiedy się odezwała, głos miała zaskakująco spokojny.
— Wszystko, nad czym pracowałam… przez ostatni rok… jest tam.
Martin skinął głową. Nie było sensu zaprzeczać.
— Masz kopię zapasową? — zapytała. — Powiedz, że masz.
To pytanie uderzyło go jak pięść. Przypomniał sobie dziesiątki wieczorów, kiedy Ingrid zapisywała pliki i zamykała laptopa, mówiąc „dokończę jutro”. Nigdy nie słyszał, by wspominała o chmurze czy zewnętrznym dysku. A on nie pytał. Bo laptop „działał”, bo był „mocny”, bo kiedy wszystko wydaje się stabilne, nie zadaje się trudnych pytań.
— Nie wiem… — odpowiedział w końcu. — Może coś wysyłałaś klientom? Albo synchronizowałaś?
Ingrid przyłożyła dłoń do czoła i zamknęła oczy. Po chwili zaśmiała się krótko, bez cienia humoru.
— Projekty to nie tylko pliki. To sceny, tekstury, biblioteki, ustawienia, rendery pośrednie. Umowy. Kontakty do dostawców. I wszystkie terminy na ten miesiąc. — Otworzyła gwałtownie oczy. — Wiesz, nad czym dziś pracuję? Nad tym dużym mieszkaniem w centrum. Jeśli nie wyślę wizualizacji do poniedziałku rano, tracę klienta. I to nie byle jakiego.
Martin poczuł, jak pali go twarz.
— Naprawię to. Przysięgam. Rano zawiozę go do serwisu. Zapłacę wszystko. Odzysk danych, wymiana czegokolwiek — byle się dało.
Ingrid patrzyła na niego długo. W jej spojrzeniu nie było już tylko złości, ale też głębokie zmęczenie, jakby coś, co długo utrzymywała w równowadze, właśnie się przechyliło.
— Nie rano, Martin. Teraz.
— Teraz? — spojrzał na zegarek. — Jest po północy. Nic nie jest otwarte…
Ingrid wyciągnęła telefon i zaczęła szukać. Światło ekranu ostro rysowało jej rysy. Po chwili podniosła wzrok.
— Jest. Nie zwykły serwis. Laboratorium odzyskiwania danych. Całodobowe.
Martin podszedł bliżej.
— Pozwól, że ja zadzwonię.
— Nie. — Ingrid już wybierała numer. — Chcę sama usłyszeć, jakie są szanse.
Gdy telefon dzwonił, Martin poczuł ścisk w żołądku. Zrozumiał, że do tej pory trzymał się mglistej nadziei: że wystarczy wysuszyć, wyczyścić i „jakoś ruszy”. Ale „laboratorium odzyskiwania danych” sprawiało, że wszystko stawało się realne.
— Dobry wieczór — powiedziała Ingrid. — Mamy laptop, który nie włącza się po zalaniu. Bardzo ważne dane. Czy możecie przyjąć go w trybie pilnym?
Przerwa. Ingrid słuchała, kiwając głową.
— Jakie są szanse? I ile to potrwa?
Martin obserwował jej twarz. Ramiona opadły jej minimalnie, jakby wypuszczała wstrzymany oddech.
— Rozumiem. Jedziemy teraz. — Rozłączyła się.
— Co powiedzieli? — zapytał.
— Żeby go nie dotykać i nie próbować włączać. Szanse są, ale wszystko zależy od tego, jak głęboko dostał się płyn. Jeśli kontroler pamięci jest uszkodzony, będzie ciężko. Ale z SSD mogą spróbować coś odzyskać. — Wzięła płaszcz. — Ubieramy się. Jedziemy.
Martin wziął laptopa obiema rękami, jak coś kruchego. W tej samej chwili spod klawiatury dobiegł cichy trzask, jak wyładowanie statyczne. Serce mu zamarło.
— Dotykałeś go? — zapytała ostro Ingrid.
— Nie! Przysięgam!
Na zewnątrz noc była wilgotna i chłodna. Miasto spało. W samochodzie Ingrid patrzyła prosto przed siebie, nieruchomo. Martin prowadził ostrożnie, jakby gwałtowne hamowanie mogło odebrać im ostatnią szansę.
Po kilku minutach cisza stała się nie do zniesienia.
— Przepraszam — powiedział. — Nie pomyślałem. Chciałem tylko, żeby miał zajęcie. Livia była wykończona, Finn…
— Finn jest dzieckiem, dlatego rozlał sok — przerwała mu Ingrid. — Problemem nie jest Finn. Problemem jest to, że podjąłeś decyzję beze mnie. Ten laptop to nie był „laptop”. To było moje biuro. Moje archiwum. Cała moja praca.
Martin ścisnął kierownicę. Wiedział, że ma rację.
Laboratorium mieściło się na parterze, jasno oświetlone. Pachniało środkami dezynfekującymi i rozgrzanym plastikiem. Podszedł do nich młody technik.
— Laptop? — zapytał.
Martin podał go, czując dziwną pustkę.
— Najpierw diagnostyka. Jeśli SSD jest nienaruszone, spróbujemy klonowania. Płyny są nieprzewidywalne, ale to dość nowy model, więc są szanse.
— Ile to potrwa? — zapytała Ingrid.
— Pierwsze wyniki w kilka godzin. Pełne odzyskiwanie może potrwać do jutra wieczora.
To oznaczało poniedziałek rano pod znakiem zapytania. Martin poczuł, jak grunt usuwa mu się spod nóg. Ingrid jednak tylko skinęła głową.
— Proszę zrobić wszystko, co się da. Niezależnie od kosztów.
Gdy wyszli z budynku bez laptopa, telefon Ingrid zawibrował. Wiadomość od klienta: „Czekam na wizualizacje w poniedziałek rano. Potwierdzasz?”
Ingrid patrzyła na ekran, po czym zaczęła pisać. Martin nie widział treści, tylko jej dłonie — pewne, spokojne.
Gdy skończyła, wzięła głęboki oddech.
— Jeśli się nie uda… zacznę od nowa. Ale tym razem nie sama.
I wtedy Martin zrozumiał, że ta noc nie dotyczyła tylko sprzętu. Chodziło o odpowiedzialność, granice i o to, jak naprawdę odbudowuje się zaufanie.
